Odejść z satysfakcją

_CSF0004

Za każdym razem, gdy pierwszego dnia przekraczałem próg obejmowanego gabinetu dyrektorskiego, myślałem o dniu, w którym go będę opuszczał. Jak on będzie wyglądał? Czy pracownicy włożą mi kamień czy chleb do plecaka? Czy odejdę w ciszy i spokoju, czy w świetle zarzutów, medialnych awantur? Czy odejdę w poczuciu żalu i klęski, czy może jednak satysfakcji?

Po dzisiejszym pożegnaniu, za które serdecznie dziękuję moim pracownikom, muszę przyznać, że odchodzę z poczuciem ogromnej satysfakcji. Po 5 latach rządów, udało się – w moim przekonaniu – w instytucji zmienić to co złe na dobre, dodać coś od siebie i w miarę możliwości spieprzyć jak najmniej z tego, co w niej było dobre. Mam świadomość, że z innej perspektywy ta ocena może być bardziej krytyczna.

Sporo satysfakcji sprawia mi fakt, że jeszcze niedawno na Europejskim Kongresie Samorządów w Krakowie  – gdzie miałem przyjemność gościć jako prelegent – instytucja prezentowana była jako wzór do naśladowania dla innych samorządów: przedstawiano ją jako pierwszy w Polsce samorządowy think-tank, gromadzący najnowszą wiedzę przemian branżowych i wdrażającą ją w praktyce tego, co można by nazwać zalążkiem regionalnej polityki rozwoju przemysłów kreatywnych, których sektor audiowizualny jest istotną częścią. Instytucja jako kreator regionalnej polityki samorządowej w specjalistycznej dziedzinie? Tak, to się zaczęło udawać,  a z samorządowym błogosławieństwem mogłoby lub może udawać się bardziej.

Satysfakcji dostarczyło znalezienie się w gronie siedmiu nominowanych, zaś radość sprawiło zdobycie nagrody „Crowdfunding Friendly” za wdrożenie autorskiego innowacyjnego narzędzia finansowego łączącego wsparcie publiczne z finansowaniem społecznościowym. Popularność tego narzędzia i środowiskowe wnioski o jego udoskonalenie i dostosowanie do potrzeb młodych producentów to też satysfakcja.

Powodem do satysfakcji jest coroczny wzrost udziału w budżecie instytucji środków pozyskanych z innych źródeł, a także wzrost środków wypracowanych (do czego instytucje kultury są prawnie zobligowane). Satysfakcjonujące jest, że koprodukowane przez instytucję filmy zdobywają nagrody i cieszą się wysoką frekwencją publiczności. W pierwszym półroczu tego roku instytucja wypracowała nawet solidny zysk. Ten aspekt działalności kończę pozyskaniem dwa miesiące temu ponad trzymilionowej dotacji z UE na Laboratorium Cyfryzacji Zbiorów Filmoteki Śląskiej – będący w swej formie także moją autorską koncepcją funkcjonowania tej części instytucji. Chociaż nie mnie przyjdzie go realizować, jego dofinansowanie traktuję jako osobistą formę uznania.

Satysfakcjonują mnie liczne protokoły wszelakich organów kontrolnych, które nigdy nie stwierdzały znacznych uchybień, a ostatnie z nich nawet nie zawierały wniosków pokontrolnych, zalecających jakiekolwiek poprawki.

Źródłem satysfakcji może być także to, że udało się zreformować instytucję w obliczu radykalnego zmniejszenia o 50% jej finansowania przez samorząd. Że udało się zaplanować i zrealizować szeroki plan reorganizacji instytucji, zakładający w tych okolicznościach nie tylko kontynuację działalności merytorycznej, ale i jej stopniowe rozszerzanie. Zostało to okupione pracą specjalistów i kierowników w niezwykle ciasnym gorsecie finansowym i bodaj pierwszymi w Polsce zwolnieniami grupowymi w instytucji kultury. Zdecydowałem się na tak bolesne dla zespołu zmiany, aby widzowie i interesariusze instytucji wciąż mieli dostęp do pełnej oferty instytucji. Czyniłem wiele, aby to wszystko działo się w kompletnej ciszy medialnej, kiedy region zmagał się z wizerunkową katastrofą Kolei Śląskich, aferami Stadionu Śląskiego i awanturą o Muzeum Śląskie. Dramat ten potęgował fakt, że kiedy z naszej instytucji ludzie odchodzili, w urzędzie właśnie zatrudniano kilkudziesięciu kolejnych, rok później kolejnych itd. Tak, to może być źródłem satysfakcji dla menedżera, choć największą cenę zapłacili pracownicy i to Ich zasługą jest w dużej mierze wykonanie tego planu. Także to, że pomimo  wielokrotnych odgórnych „sugestii” likwidacji kilku kin studyjnych udało się je nie tylko utrzymać, ale i scyfryzować, częściowo wyremontować i ożywić jest zasługą zespołu pracowników i źródłem satysfakcji menedżera. O tym zaś, czy pod moim kierownictwem ludzie mieli poczucie sensu pracy, realizacji pasji i jednocześnie pełnienia służby publicznej dla obywateli, a nie pracy na rzecz ego dyrektora, przyjdzie mi się przekonać zapewne po kilku latach, jak w poprzednim miejscu pracy.

Satysfakcję sprawiają statystyki frekwencyjne publiczności, od pięciu lat co rok większe, udowadniające, że szklany sufit znajduje się znacznie wyżej od prognoz, kiedy pasja i zaangażowanie pracowników nie znają granic, a jakość stanowi jedyne kryterium oferty programowej.

Źródłem satysfakcji może być także następca. Szkoda byłoby oddawać w miarę zreformowaną, wymagającą niewielkich poprawek organizacyjnych i stabilną finansowo instytucję jakiemuś nieokrzesanemu partyjnemu kacykowi. To, że trafia ona do mego młodszego kolegi po fachu – pasjonata kina, pozwala spojrzeć na jej przyszłość z optymizmem. Gratulując wyboru, życzę memu następcy powodzenia i co najmniej takiej satysfakcji z pracy jaka mnie była dana.

Wreszcie ostatnim ze źródeł satysfakcji, jaka może towarzyszyć odchodzącemu menedżerowi kultury jest rekomendacja Rady Programowej na kolejną kadencję. Wyrażona stosowną uchwałą i to podjętą jednogłośnie! Jest to dla mnie osobiście tym bardziej ważne, że od 2012 roku rady programowe śląskich instytucji kultury nie są gremiami doradczymi dla dyrektorów, ale organami opiniującymi dla zarządu województwa działalność merytoryczną instytucji. Mimo, że politycy nie skorzystali z rady Rady Programowej (o radach programowych pisałem w poprzednim poście), jej rekomendacje stanowią dla mnie najlepsze referencje, o jakich menedżer kultury może pomarzyć.

Na koniec warto wspomnieć o worku błędów i porażek, jakimi okupione jest tych parę sukcesów. One też mogą być źródłem satysfakcji, gdyż to z nich płynie najlepsza nauka ku postępom w zarządzaniu organizacją publiczną. Jeżeli przyjdzie mi jeszcze kiedyś zarządzać publiczną instytucją, worek ten będzie jak znalazł.

Dyrektorzy przychodzą i odchodzą. Odejście wcale nie musi być bolesne, kiedy ma się poczucie satysfakcji z wykonanej roboty. To poczucie, spotęgowane tyloma miłymi podziękowaniami ze strony pracowników i życzeniami na przyszłość sprawiają, że przyjaźniej spogląda się tej przyszłości w oczy. Pójście własną drogą – w moim skromnym przypadku: bezkompromisową drogą jakości – może nie zawsze się opłaca, ale naprawdę warto.

RP_nr9_2015

Bezradne rady od parady

Dali nam dyrektorom rady. Nazwali je programowymi. Państwowe instytucje muzealne posiadają rady powiernicze, mające znacznie większą władzę nad instytucjami niż te programowe. Zapytany jednak zostałem o mój pogląd na rady programowe i ich wpływ na funkcjonowanie instytucji, więc o nich niniejszy post.

Rady programowe – tam gdzie one są – to zazwyczaj grono fachowców powoływanych przez organizatora, a więc samorząd. Są to ciała powoływane na kadencje, radni w większości swe funkcje pełnią społecznie. Pomiędzy dyrektorem instytucji, a radą nie zachodzi żadna zależność służbowa, stąd rady nie mogą ingerować w pracę dyrektora.

Kiedy zarządzałem Bytomskim Centrum Kultury, w radzie programowej zasiadali profesorowie i artyści, których sam zaprosiłem, członkowie wskazani przez prezydenta oraz jego zastępczyni. Był to organ, który jednocześnie opiniował dla samorządu, jak i udzielał rady mnie jako dyrektorowi. Jednakże posiedzenia rady były także zamkniętym forum dyskusji o misji instytucji i poszczególnych aspektach jej działalności. Dyskusje były żywiołowe, zaś wnioski konstruktywne. Powstawał z nich protokół i rekomendacje dla samorządu.

W obecnej mojej instytucji rada programowa jest organem opiniodawczym dla samorządu, a konkretnie dla zarządu województwa. Dyskusje są mniej żywiołowe, ale za to równie merytoryczne. O ile w BCK dyskutowaliśmy o słuszności bądź nie pewnych rozwiązań, konkretnych projektach i ich implikacjach dla rozwoju miasta, radzie SILESIA FILM przedstawiam sprawozdania, relacjonuję wykonanie planów merytorycznych i odpowiadam na szczegółowe pytania. Rada podejmuje uchwały zatwierdzające bądź nie sprawozdania i plany, zgłasza wnioski i rekomendacje. Powstaje z tego protokół dla samorządu.

Pracom rad przyglądam się od kilku lat jako członek Rady Muzeum Śląskiego. Tu także dyskutujemy, czasem spieramy się, analizujemy sprawozdania i plany dyrekcji (włącznie z planami finansowymi). Kiedy na ustawowo zagwarantowanej niezależności programowej instytucji politycy dokonali gwałtu (pisałem o tym już na tym blogu), wyrzucając przy okazji dyrektora (dziś nazywają to samoczynnym wygaśnięciem kadencji), rada muzeum była pierwszym i jednym z nielicznych obrońców tej programowej niezależności. Rada wtedy nie tylko opiniowała, ale także apelowała o umiar i rozsądek do polityków, stała na straży kuriozalnego konkursu na nowego dyrektora i wykluczenie starego, niektórzy jej członkowie ostentacyjnie rezygnowali z członkostwa.

Co wspólnego mają te wszystkie rady? Otóż rad, wniosków i rekomendacji tych rad politycy nie słuchają, pomimo tego, że je sami powołują. Nie przypominam sobie, aby któraś z rekomendacji rady BCK została przez ówczesny samorząd uwzględniona. Rada programowa mojej obecnej instytucji jest na tyle nieważna dla samorządu, że kiedy za 2014 r. nie dostarczono do urzędu jej protokołów i uchwał, nikt do dziś się nie upomniał o nie. Kiedy Rada Muzeum Śląskiego własną piersią broniła niezależności programowej muzeum i apelowała o prymat prawdy historycznej nad historyczną polityką, ówczesny marszałek miał trudności ze znalezieniem czasu na spotkanie z przewodniczącą rady – wybitną i zasłużoną profesor. Politycy o radzie przypomnieli sobie dopiero wtedy, kiedy trzeba było na użytek publicznego wytłumaczenia zaopiniować pomysł połączenia Muzeów Śląskiego i Górnośląskiego, do którego ostatecznie nie doszło.

Tak więc w świecie kultury instytucjonalnej, możemy powiedzieć, że funkcjonuje w niej istny kraj rad, by nie rzec: związek radziecki. Z taką samą skutecznością i poważaniem, jak w prawdziwym ZSRR.

Instytucje kultury opodatkowano. Sklepy i banki jeszcze nie!

vat_kultura

Jak opodatkować instytucje kultury nie wprowadzając nowego podatku? Nowelizując ustawę o VAT i doprecyzowując stosownym rozporządzeniem ministra finansów. Tak uczyniono kulturze samorządowej i pośrednio pozarządowej.

Nowelizacja ustawy o VAT odbiera instytucjom kultury możliwość odzyskiwania pełnego VAT. Wpływa to na znaczne zmniejszenie rocznych budżetów instytucji. Nowela godzi w pierwszej kolejności w te placówki, które realizują bezpłatne projekty dla swych społeczności. Im więcej zajęć edukacyjnych, warsztatów, festynów, projekcji, badań, tym mniejszy współczynnik odzyskania VAT i większa dziura w budżecie. Natomiast grudniowe rozporządzenie ministra finansów wskazujące zasady wyliczania tzw. prewspółczynnika VAT (w odniesieniu do obrotu, analogicznie do planowanego podatku sklepowego) uderzyło dodatkowo w instytucje zarabiające pieniądze na działalność i pozyskujące środki z zewnętrznych źródeł. W skrajnych przypadkach mogą się znaleźć placówki, które zrealizowały olbrzymie inwestycje infrastrukturalne z funduszy europejskich, gdzie VAT nie był kosztem kwalifikowanym. Niektóre z nich mogą się otrzeć nawet o bankructwo.

Domy kultury, w które najbardziej godzi nowelizacja ustawy o VAT, nie hodują drogich koni arabskich. Nie mają swoich mediów, spółek energetycznych, dziennikarzy ani celebrytów. Nie są ważne dla obronności kraju, przestrzegania ładu prawnego, nie rozdrapują czasów zaprzeszłych do wyrównywania rachunków krzywd. Milczą media, internet ledwie westchnął. Obywatele Kultury też milczą, chociaż dali się oszukać jak dziecko. Z jednej strony zawierane z politykami pakty dla kultury w błyskach fleszy, z drugiej bezceremonialny skok rządzących na kasę samorządowych instytucji kultury i pozarządowców. Samorządowcy milczą również – może czekają na reakcję słupskiego prezydenta Biedronia? Dla jasności: ustawę znowelizowała poprzednia ekipa rządząca, zaś stosowne rozporządzenie wydała obecna. W kwestiach łupieżczych solidarność rządzących jest ponadpartyjna bezdyskusyjnie od wieków.

Jest jednak światełko w tunelu. Wiadomo, że pożary wywołane przez polityków najlepiej politycy gaszą. Minister kultury prof. Piotr Gliński na wniosek części organizacji bibliotekarskich i teatralnych dość szybko jak na ministerialne standardy wystosował pismo do ministra finansów. Wzywa w nim szefa resortu finansów do zajęcia stanowiska zgodnego z interesami samorządowych instytucji kultury. Poprzedni ministrowie kultury na etapie projektów ustawy także pisali listy, ale ich postulaty nie zostały uwzględnione. Trzymajmy zatem kciuki za obecnego ministra, aby okazał się ministrem nie tylko szybko reagującym (to już wiemy), ale w tym konkretnym przypadku  także skutecznym.

Głośny podatek dla hipermarketów i banków wciąż jeszcze jest w sferze planów i zapowiedzi.  Tymczasem instytucje kultury już krwawią, ze szkodą dla swych interesariuszy. W styczniu 2016 roku roczne dochody budżetowe państwa z tytułu VAT wzrosły o 2,4 mld zł. Tak działa zapowiadany mechanizm uszczelniania VAT w praktyce. Kto ostatecznie płaci?

Kongres Menedżerów Kultury – musisz tu być

Menedżer kultury to tak szerokie pojęcie, że aby je zgłębić, potrzeba na to aż czterech dni kongresowego zjazdu. Już w grudniu, w prawdziwie europejskiej stolicy kultury, bo w Katowicach, w Międzynarodowym Centrum Kongresowym obradować będą menedżerowie kultury z całej Polski i zagranicy. Pewnie jeden Kongres Menedżerów Kultury to za mało, aby poruszyć wszystko, co możliwe w tym pasjonującym zawodzie, ale od czegoś trzeba zacząć.

Polecam udział w tej zacnej imprezie wszystkim tym, którzy się jeszcze nie zdecydowali, a chcieliby przyjechać. Dla potencjalnych uczestników nie wiedzących, czy mieszczą się w definicji menedżera kultury, poniżej mała ściągawka:-)

Bezkarnie możecie więcej!

paragrafMenadżerowie, animatorzy i edukatorzy, projektanci, muzycy, pisarze, filmowcy i producenci – wszyscy powinniście móc więcej. Weszły w życie długo oczekiwane zmiany w prawie autorskim, uchwalone – niczym w dobrym thrillerze – na jednym z ostatnich posiedzeń ubiegłego sejmu. Zmiany może aż tak rewolucyjne nie są, ale rzeczywiście wiele dobrego udało się wdrożyć.

Większość praw dotyczących własności intelektualnych znacznie rozszerza ich zakres, ale też na więcej pozwala kreatywnym animatorom korzystającym z efektów pracy twórczej innych.

Muzycy i wytwórnie muzyczne – tzw. mała nowelizacja wydłuża z 50 do 70 lat czas ochrony dla artystycznych wykonań  fonogramów oraz ich producentów. Ponadto pozwala muzykom lub jego spadkobiercom na wypowiedzenie umowy wytwórni po 50 latach, jeżeli ta nie będzie w satysfakcjonujący sposób zaspokajać popytu na dane utwory. Np. jeżeli zabraknie na rynku nowych wydań przebojów z lat 60-tych czy 70-tych, spadkobiercy bądź sam artysta może zlecić ich wydanie innej wytwórni lub platformie cyfrowej.

Edukatorzy, animatorzy, menedżerowie kultury, kabareciarze, satyrycy – duża nowelizacja znacznie rozszerza tzw. dozwolony użytek publiczny. Z jednej strony zwiększa się zakres nieodpłatnego wykorzystania utworów na potrzeby satyry, parodii, karykatury czy pastiszu. Z drugiej podczas akademii, uroczystości rocznicowych, religijnych, szkolnych, państwowych czy akademickich bez strachu i za darmo można korzystać z wielu utworów. W projektach edukacyjnych dopuszczono wykorzystanie dzieł osieroconych, których autorzy pozostają nieznani.

Pisarze – wreszcie otrzymają wynagrodzenie za korzystanie przez czytelników z książek wypożyczanych w bibliotekach. W tym celu w myśl noweli zostaną zabezpieczone środki w funduszu MKiDN.

Dizajnerzy – nowelizacja Prawa własności przemysłowej pozwoliła na wydłużenie ochrony wzoru przepisami prawa autorskiego. Po wygaśnięciu 25-letniego prawa do wzoru, może on dalej być chroniony w trakcie życia projektanta i 70 lat po jego śmierci. Zważywszy na to, że wszystko już było, zaś moda lubi zataczać koło tak jak historia, takie udogodnienie jest nie do przecenienia.

Zakres zmian jest dalece szerszy, a diabeł tkwi w szczegółach. Warto poważnie zaktualizować swoją wiedzę w tym temacie. Sektor kultury został wyjęty – póki co – z negocjacji TTIP (rozmów dot. wolnego handlu między UE a USA). Dlatego też można założyć, że przynajmniej prawo autorskie będzie nosiło znamiona stabilności i jakiś nagły zamach mu nie grozi. Najlepsi prawnicy zapowiadają liczne aktualizacyjne szkolenia w tej materii – warto więc trzymać rękę na pulsie i skorzystać, bo jak mawiali już starożytni: nieznajomość prawa szkodzi.

Menedżerowie z konkursów – subiektywna klasyfikacja zwycięzców

Niewątpliwie część konkursów na dyrektorów publicznych instytucji kultury bywa ustawiona. Mimo to zdarza się – śmiem nawet twierdzić, że często – iż wygrywają je inni kandydaci niż ci „błogosławieni” przez lokalną politykierę.

Przyjrzałem się zwycięzcom z ostatniej dekady, spojrzałem w lustro i pokusiłem się o sklasyfikowanie kandydatów z powodzeniem ubiegających się w otwartych konkursach o stanowiska menedżerskie w kulturze instytucjonalnej.

Kim zatem są zwycięzcy, którzy porwali się z motyką na słońce? Oto oni:

  1. Celebryta Światowiec [CS]. Zazwyczaj przybywa ze świata wielkiej polityki lub mediów, tudzież tzw. kultury wysokiej. Znany głównie z tego, że jest znany, choć i w tej kategorii nie brakuje artystów, telewizyjnych osobowości, popularyzatorów sztuk wszelakich, także z doświadczeniem menedżerskim. Zazwyczaj CS wygrywa w cuglach i raczej nie ma takich komisji konkursowych lub wójtów/prezydentów, którzy z dumą nie ogłosiliby werdyktu jednocześnie pociągając nosem z zachwytu: „…patrzcie, sam X ubiegał się o stanowisko w naszej gminie…”. W przypadku objęcia stanowiska, CS zazwyczaj rezygnuje z funkcji przed upływem kadencji, jak tylko upoluje bardziej intratną posadkę w ośrodku na miarę swych ambicji, bądź wygra któreś z wyborów samorządowych, tudzież parlamentarnych (startuje w nich z namiętnością dalece gorętszą niż w konkursach dyrektorskich).

 

  1. Primadonna Balerina [PB]. Może nie tak sławny jak CS, ale jednak znany, zazwyczaj doświadczony fachowiec. Swój start w konkursie ogłasza szeroko, niejednokrotnie prezentując publicznie koncepcję, którą zamierza przedstawić przed komisją konkursową. Z tego też powodu jego udział w konkursie przypomina bardziej kampanię wyborczą niż współzawodnictwo do dyrektorskiego stołka. Niejednokrotnie na podbudowie konfliktu jego zwolenników z przeciwnikami. Od gorączki sporu zależy, czy PB zachowa zimną krew i konkurs wygra, czy też sprawa wymknie mu się spod kontroli i np. publicznie naubliża swemu przyszłemu pracodawcy (jest to charakterystyczne dla PB). Wówczas jego szanse na wygraną w konkursie stają się oczywiste. Widząc to, PB zazwyczaj „zapomina” złożyć oficjalną aplikację w terminie, bądź wycofuje się w trakcie procedury konkursowej jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu. Oczywiście z równie dużym hukiem, jak ogłoszenie startu w konkursie.

 

  1. Jeździec Znikąd [JZ]. Nie ma tak błogosławionego kandydata w konkursach ustawionych, który nie miałby opozycji w lokalnej polityce. Stąd też pojawienie się w gronie aplikantów człowieka nie uwikłanego w odwieczne lokalne spory plemienne bywa dla obu stron korzystne. Władza zyskuje wiarygodność rozgłaszając, że konkurs jednak był uczciwy, opozycja ma poczucie zwycięstwa, że udaremniła awans protegowanemu władzy. Kwalifikacje kandydata, jakiekolwiek by nie były, mają w tym przypadku drugorzędne znaczenie – ważne jest, by pochodził ze stron wystarczająco oddalonych od miedzy i najbliższego sąsiedztwa. JZ jest dość częstym zwycięzcą konkursów uczciwych, gdzie powyższe cechy w parze z wykształceniem i  doświadczeniem okraszone świeżym spojrzeniem na zastaną sytuację przesądzają o jego wygranej. Jako ciekawostkę dodam, że JZ – jeśli się sprawdza – bywa podkupywany przez inne samorządy, poszukujące fachowców do zarządzania w kulturze. Paradoksem jest, że z JZ wywodzą się niektórzy późniejsi kandydaci błogosławieni lub powoływani gdzie indziej bez konkursu – żywy dowód na to, że i w tej kategorii kandydatów pojawiają się doświadczeni fachowcy.

 

  1. Gwiazdeczka Wschodząca [GW]. Typ pośredni pomiędzy JZ a PB. Rozpoznawalność uzyskuje z chwilą startu w nim, wspomaganą umiejętnością rozbudzania zainteresowania mediów swoją osobą. Wystarczą zazwyczaj do tego głośne deklaracje, że jeśli wygra, to zrobi porządek, pogoni obiboków, ujawni wszystkie trupy z szafy, uczyni instytucję przyjazną i miłą dosłownie dla każdego.  Do tego szczypta frazesów ze słowami „skostniały” oraz „walka” odmienione we wszystkich przypadkach i medialny zamęt gotowy. Zazwyczaj intencją startu GW  w konkursach na dyrektorów są ambicje polityczne lub reklama własnej działalności biznesowej. Zdarza się, że – pomimo wysiłków zrażenia do siebie komisji –  GW wygrywa taki konkurs. Ostatecznie stanowisk raczej nie obejmuje, wycofując się z równie obiektywnych powodów, co powody startu. Ponieważ jednak – rzadko, bo rzadko – GW czy PB wygrywają konkursy, stąd ich obecność w mojej klasyfikacji subiektywnej.

 

  1. Ideowiec Naiwniak [IN]. Jego maniakalne poczucie misji i służby publicznej oraz autentyczne przekonanie o byciu „siłaczką na prowincji choćby i w stolicy” są niczym powiew egzotyki w świecie swojskości pozostałych kandydatów. Przed komisją z absolutną powagą i natchnieniem snuje szerokie wizje i dalekosiężne koncepcje.  Budzą one to zdumienie, to podziw, rzadziej zrozumienie, ale w efekcie są powodem niezłego ubawu komisji konkursowej. Niejednokrotnie patrzącej z pobłażaniem na IN. Z racji tego, że wydaje się być wyjątkowo niegroźnym i – w razie czego – łatwo usuwalnym dyrektorem zdarza się, że jest typowany na zwycięzcę konkursu i powoływany na stanowisko. Czasem z samej ciekawości władzy samorządowej (w konkursach uczciwych), częściej z powodu „spalenia” lub wycofania się kandydata błogosławionego (w ustawionych).

 

  1. Powiatowy Casanova [PC]. Subtelny zadowalacz miejscowych grup animatorskich, środowisk twórczych, związków artystycznych,  których niejednokrotnie jest członkiem, prezesem, przewodniczącym. Przedstawiciele tych organizacji zazwyczaj zasiadają w gremiach konkursowych bądź opiniujących kandydaturę zwycięzcy. Często już na etapie konkursu, wyrażają „poparcie” dla tak wybitnego i zasłużonego kandydata – działacza. Siła sugestii, a nawet gróźb tych organizacji bywa czasami większa od siły poparcia politycznego dla kandydata błogosławionego przez władzę. Dlatego niejako na zasadzie prawa wyporu PC wygrywają nierzadko i ustawione konkursy.

 

  1. Sukcesor Namaszczony [SN]. Zazwyczaj doświadczony i wykształcony kandydat, dobrze znający instytucję z racji długoletniego w niej zatrudnienia. Kompetencje takiego kandydata wsparte poparciem ustępującego dyrektora – o ile był autorytetem – stanowią często dużą barierę dla przeforsowania przed komisją kandydatury błogosławionej przez władzę. Czasami taka rekomendacja nie jest potrzebna, jeżeli poprzednik na dyrektorskim stołku był tyranem. Wtedy komisji wystarczy świadomość, że skoro kandydat wytrzymał, to i zniesie jeszcze niejedno jako dyrektor.

 

  1. Bond. James Bond [JB]. Postać zazwyczaj kontrowersyjna z racji swej bezkompromisowości, braku instynktu samozachowawczego i niewątpliwych sukcesów zarządczych w poprzednim miejscu pracy. Rzadziej – choć zdarza się – „biały rycerz” ewakuujący się z poprzedniej instytucji zanim okaże się, że eksperymenty zarządcze przyniosły efekty – delikatnie mówiąc – na krótką metę. Wraz ze startem w konkursie na światło dzienne wychodzą (oczywiście samoistnie) przeróżne niesamowitości na temat samego kandydata oraz jego dokonań – od sukcesów po demaskatorskie nowinki z „bardzo zaufanych źródeł”. Wobec tak kształtowanej publicznie legendy aspiranta, komisja konkursowa bywa czasem bezradna i – pomimo zdań odrębnych składanych przez co poniektórych jej członków, bądź tajnego głosowania będącego dowodem całkowitej dezorientacji komisji – rekomenduje kandydata na stanowisko dyrektorskie. Bywa na nie powoływany przez władzę wskutek tych samych odczuć, jakich doświadczyli wcześniej członkowie komisji. Co ciekawe, odwoływany ze stanowiska jest zazwyczaj w tym samym trybie, tylko w odwrotnej kolejności (np. „przegrywając” konkurs na kolejną kadencję).

 

  1. Nieśmiertelnik Zasiedzony [NZ]. Bardzo doświadczony i z definicji niezatapialny kandydat pełniący dyrektorską funkcję od wielu, wielu lat. Startuje w konkursie w celu przedłużenia swego panowania. Im dłużej piastuje swoją funkcję, tym więcej nabywa doświadczenia, kontaktów i tym bardziej jego pozycja staje się ugruntowana. Jeżeli do tego nie czuje się stary, wciąż „może”, systematycznie aktualizuje wiedzę i podnosi kwalifikacje, jest na bieżąco z trendami, to „nie ma niego bata”. Niejeden błogosławiony kandydat takiemu nie sprosta. Wstyd jest mu wygrać z kimś takim, władzy też niezręcznie jest powoływać kogoś gorszego o kilka klas jakościowych na to stanowisko. Dodać trzeba, że szanse NZ na ponowny wybór wzrastają wprost proporcjonalnie do wielkości zarządzanej instytucji i stopnia zagmatwania w niej wewnętrznych stosunków towarzysko-artystyczno-pracowniczych.

 

  1. Gladiator Kamikadze [GK]. Wykwalifikowany kandydat wystawiony często przez opozycję w celu skonfrontowania go w procedurze konkursowej z kandydatem błogosławionym (zazwyczaj trafnie typowanym w środowiskach lokalnych lub branżowych). Pozornie dość blisko mu do PC, jednakże pojawia się zazwyczaj tam, gdzie rozwój społeczeństwa obywatelskiego jest na stosunkowo wysokim poziomie. Szerokie poparcie społeczne jest źródłem jego siły przebicia i stanowi zarazem motywację do walki w myśl zasady „chcę i potrafię”. Zazwyczaj jest to osoba o lepszych kwalifikacjach od „faworyta”, co stawia wysoko poprzeczkę wymagań co do komisji konkursowej, aby sama procedura jak najmniej przypominała farsę, była przejrzysta, z jasno określonymi kryteriami wyboru. W konsekwencji GK zazwyczaj wychodzi zwycięsko z takiej konfrontacji. W zdecydowanej większości przypadków panuje później owocnie, długo i szczęśliwie, przeżywając niejednego wójta, burmistrza czy prezydenta.

 

  1. Gronkowiec Gryzący [GG]. Tak jak niełatwo odróżnić śmiertelnie trującego muchomora sromotnikowego od jadalnej przepysznej kani, tak samo w procedurze konkursowej komisje czasami mylą GG z opisanym powyżej GK . Mechanizm jego działania jest podobny do stylu ubiegania się o stanowisko przez GK, jednakże bywa typowany i popierany nie tyle przez społeczeństwo obywatelskie, ile przez rozmaite spółdzielnie: wpływowe grupy „wzajemnego wsparcia, dopieszczenia i wyżywienia” lub bojowników „o wygody i dochody” świetnie funkcjonujących w krajowym systemie publicznych instytucji kultury. GG najczęściej infekuje artystyczne instytucje kultury – teatry, filharmonie i galerie, czasem muzea, nie pogardzi też dobrze sytuowanym domem kultury. Szerokim łukiem omija biblioteki. W przypadku wyboru GG na dyrektora, skutek dla samorządu jest zbliżony do analogicznej pomyłki grzybów jadalnych z trującymi. Instytucja zaczyna funkcjonować w wąskim obiegu członków środowisk (są wśród nich znane nazwiska, zdarzają się nawet wielkie) wystawiając tylko swoich środowiskowych artystów, zatrudniając swoich reżyserów, kompozytorów, dyrygentów, recenzentów, jurorów, kuratorów, dziennikarzy i komentatorów. Żywi ich tak długo, jak długo samorząd jest w stanie taką instytucję finansować. Gdy władze zażądają zorientowania instytucji na potrzeby społeczności lokalnej, GG przy wsparciu swych żołnierzy za każdym razem będzie się bronić wywierając na samorząd medialną presję. W imię czynienia poprzez sztukę światłości w ciemnogrodzie (o tym zjawisku piszę szerzej w książce poświęconej zagadnieniom zarządzania w kulturze instytucjonalnej).

Tyle na temat mojej subiektywnej typologii. Zazwyczaj zwycięzcy konkursów na stanowiska dyrektorskie to któryś z opisanych powyżej typów dominujących z domieszką kilku typów pozostałych (a także takich, które każdy do tej klasyfikacji śmiało może dopisać).

Ale tak naprawdę nie to jest ważne. Ważne jest i warte podkreślenia, że procedury konkursowe tam, gdzie nie ma zbyt wielkiej determinacji w obsadzaniu stołków swojakami, pozwalają jednak na wyłonienie wartościowych kandydatów i objęcie przez nich kierownictwa instytucji. Rzeczywiście tak się dzieje.

Smutniejsze wieści są takie, że konkursowa wygrana nie zawsze oznacza dla kandydatów wyłonionych w procedurze konkursowej możliwości korzystania z pełnej palety narzędzi, jakie polskie prawo stwarza menedżerom kultury instytucjonalnej. Jeżeli nie są umocowani w lokalnej polityce, muszą borykać się z problemami o których pisałem już kiedyś na tym blogu w poście pt. „Co łączy katastrofę smoleńską (…) z zarządzaniem w kulturze…”.

Czymże jednak mogą być te przeszkody dla ludzi, którzy mieli odwagę wystartować w konkursie? Co najwyżej kretowiskami, o które można się raptem potknąć, jak słusznie pisał Konfucjusz.

Co dobrego dla kultury wyniknie z kompromitacji PKW?

Nie ma tego złego, co na dobre nie wyjdzie – głosi stara ludowa mądrość. I coś w tym jest, a w zasadzie mogłoby być. Sposób, w jaki swoją nieudolność tłumaczą tęgie sędziowskie głowy z kierownictwa Państwowej Komisji Wyborczej jest bowiem tyleż kuriozalny, co perspektywiczny.

W tłumaczenie nonszalancji kierownictwa PKW zaangażował się osobiście prezydent Bronisław Komorowski, zaś jeden z pomysłów, jakie sugerował w pakiecie rozwiązań, zdawał się być niemalże objawieniem dla setek menedżerów kultury, nauki i w ogóle dla kierownictwa sektora publicznego.

Pan prezydent zaproponował wyjęcie spod jurysdykcji Prawa zamówień publicznych Państwowej Komisji Wyborczej. Zaś to, co w tym wszystkim jest najciekawsze, to uzasadnienie: „w trosce o jakość działań PKW”. Mimo tego, że – po głosach ekspertów i polityków przeciwnych temu posunięciu – prezydent jakby wycofał się z tego pomysłu, warto rozważyć tę propozycję.

Gdyby Pan Prezydent zechciał pójść tą drogą jeszcze dalej, mógłby przyczynić się do zniesienia poważnej bariery, jaką w praktyce funkcjonowania stanowi Prawo zamówień publicznych. Wyjście z inicjatywą ustawodawczą i zgłoszenie projektu wyjęcia spod jurysdykcji Pzp całego sektora kultury i nauki byłoby najlepszym krokiem w kierunku podniesienia JAKOŚCI i EFEKTYWNOŚCI funkcjonowania najbardziej rozwojowych sektorów dla kraju.

To byłby prawdziwy bodziec do stworzenia warunków konkurowania o zamówienia publicznego sektora kultury i nauki JAKOŚCIĄ. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że obywatele coraz częściej nie tylko wymagają, ale wręcz wymuszają na publicznych instytucjach kultury zabieganie o ich względy JAKOŚCIĄ zarówno oferty jak i obsługi. W tych okolicznościach Pzp jest aktem wysoce anachronicznym, żeby nie rzec: wręcz szkodliwym.

Prawo zamówień publicznych jest jednym z najczęściej przeklinanych tworów prawnych przez menedżerów instytucji publicznych, zwłaszcza kultury i nauki. Miało służyć konkurencji na rynku usług o zamówienia publiczne i przeciwdziałać sprzeniewierzaniu pieniędzy podatnika. W rzeczywistości nie służy ani jednemu, ani drugiemu. W jego majestacie natomiast można bezkarnie zmarnotrawić każdy grosz nie ponosząc za to konsekwencji. I odwrotnie: osoba zarządzająca zostanie każdorazowo ukarana, kiedy wyda środki publicznie w zgodzie z rozsądkiem i w trosce o jakość, które to kwestie w Pzp niekoniecznie znajdują odzwierciedlenie. Nawet po ostatnich dobrze przyjętych nowelizacjach.

Niestety, eksperci w tej materii są innego zdania od tych, którzy w praktyce zmagają się z tym aktem. Z drugiej strony mimo armii urzędników, kontrolerów i zastępów ekspertów żyjących z enigmatyczności i sprzeczności zapisów tej ustawy niełatwo uzyskać jednoznaczną interpretację przepisów. Niedługo minie już piąty rok, odkąd monituję i czekam na interpretację zapisów tej wspaniałej ustawy przez sam Urząd Zamówień Publicznych i Ministerstwo Finansów w sprawie obrotu dystrybuowanymi kopiami filmowymi. Dlatego z powyższych powodów uważam, że pomysł prezydenta powinien zostać szeroko przedyskutowany. Mimo kompromitacji PKW (tak naprawdę z innych niż Pzp powodów) jest to dobry czas na tego typu dyskusję.

Proszę spojrzeć raz jeszcze na kazus PKW. W majestacie prawa, przez przedstawicieli samego wymiaru sprawiedliwości, zmarnotrawiono publiczne pieniądze na niedziałający system informatyczny zgodnie z procedurami. Czy ktoś te pieniądze odzyska? Czy ktoś z kierownictwa PKW poniesie odpowiedzialność za niedoszacowanie projektu, zbyt późne ogłoszenie przetargu, brak koordynacji projektu, zaniedbanie w nadzorze i testach samego systemu? I nie mam tu na myśli wymuszonych przez media dymisji członków kierownictwa PKW.

O kilku kazusach z mej praktyki w zakresie Pzp pisałem już na tym blogu w poście Prawo Zalegalizowanych Przekrętów.