Strajkują dla dobra kultury, choć o tym nie wiedzą

Wiele wskazuje na to, że rok 2012 zapisze się w historii zarządzania polską kulturą pozytywnie. Zwiastują to liczne ubiegłoroczne protesty i awantury na polskiej scenie kulturalnej. Najlepiej jest to widoczne w branży muzycznej. Ubiegły rok upłynął pod znakiem strajków i kontestacji orkiestr wszelakich. Zazwyczaj muzycy protestowali przeciwko swym szefom,wyzywając ich najczęściej od ekonomów, hochsztaplerów, tyranów, wyzyskiwaczy itp.

Tak np. zbuntowana orkiestra w Olsztynie uniemożliwiła otwarcie nowej siedziby filharmonii. W Krakowie podczas pikiety przed urzędem poszły w ruch transparenty oraz instrumenty dęte muzyków Capelli Cracoviensis, w Opolu strajk muzyków wisi w powietrzu. W Poznaniu muzykom nie podoba się, że pierwszy dyrygent zarabia krocie – oni grożąc strajkiem rozdmuchują aferę, on grozi zwolnieniami i procesami. W Białymstoku związki zawodowe muzyków Opery i Filharmonii Podlaskiej bijąc w dzwony na trwogę wyrzuciły swego dyrektora. Na koniec rozsypał się Narodowy Instytut Fryderyka Chopina, gdzie na przeciwległych biegunach skonfliktowanej załogi stanęli: doświadczony menedżer, ale nie znający specyfiki świata kultury i znakomity szef festiwalu organizowanego przez NIFC, ale mający za nic takie niuanse jak prawo zamówień publicznych czy konieczność operowania w ramach posiadanych środków finansowych.

W tle szumi głośny spór Grażyny Szapołowskiej z dyrektorem teatru Janem Englertem, który wywalił ją dyscyplinarnie za brak szacunku dla widza, a i w niejednym warszawskim teatrze też trzeszczy. Nie wspominam już o wielu lokalnych przypadkach, gdzie dzieje się naprawdę dużo w tej materii.Daleko nam jednak do strajków muzyków z Cleveland czy ekip technicznych teatrów na Broadwayu.

W większości konfliktów, do sporu w charakterze arbitrów angażowane są media i władze miejskie, wojewódzkie, ministerialne. Najczęściej biorą one stronę rozhisteryzowanych i uciemiężonych artystów, związków zawodowych i… wybierają im wedle życzenia nowych szefów. Ci mają do wyboru dwie opcje: albo usiądą do stoliczków, przy których toczy się od dawien dawna ustalona gra (gdzie synonimem klienta wciąż jest PETENT, a fundusze publiczne zasilają „wolny rynek”), bądź zechcą w ten stoliczek kopnąć i spróbować ustanowić nowe prawa. Dziś jeszcze bez względu na dokonany wybór zazwyczaj czeka ich ten sam los: albo zostaną w atmosferze skandalu usunięci przez niezadowolony zespół, albo usunięci z powodu braku efektów, bo raczej trudno na starych zasadach mentalnościowych budować nowe (o ile wcześniej sami nie odejdą).

Dlaczego uważam, że to dobrze? Dlatego że to, co obecnie obserwujemy, to zwykła droga do normalności w kategorii zarządzania w kulturze instytucjonalnej. Organizatorzy instytucji kultury powoli przekonują się, że bez dobrego zarządzania w tej sferze nie będzie efektów. Że raczej nie ma innej drogi, zaś polityczne sterowanie z tylnego fotela bywa już nie tak efektywne jak kiedyś. W kuluarach daje się odczuć zmęczenie polityków szantażami i naciskami tzw. środowisk. Zaczyna się poszukiwanie środków na ich zneutralizowanie – w tym właściwych osób i wyposażanie ich w narzędzia.Samorządy się edukują, coraz częściej gotowe są udzielić poparcia menedżerom nawet spoza swej opcji politycznej, aby zmiany były zauważalne dla potencjalnych wyborców.

Inną sprawą jest niedobór kadr menedżerskich sprawnie poruszających się równie dobrze w meandrach zarządzania, biznesie, finansach publicznych jak i delikatnej materii świata kultury. Być może wciąż jeszcze nie ma u nas wystarczającego systemu kształcenia, być może ostatnie dwudziestolecie to za mało, aby zdobyć doświadczenie i nie zatracić zdolności nadążania za zmianami w tej sferze,być może dotychczas samorządom bardziej opłacało się umieszczać w zarządzie instytucji lojalnych kacyków partyjnych. Być może wszystkiego po trochu.

Tymczasem polscy artyści, którzy nie biorą udziału w żenujących krajowych przepychankach, za granicą koncertują, wystawiają, nagrywają,publikują, grają, występują. W renomowanych instytucjach i wytwórniach. Krytyka pieje z zachwytu nad ich osiągnięciami, oni zaś odnoszą sukcesy frekwencyjne i komercyjne. Dlaczego tak się nie dzieje w Polsce?

Coraz więcej samorządowców, ministrów i wpływowych decydentów zna już nie tylko odpowiedź, ale zastanawia się, jak zdrowe zasady funkcjonowania kultury instytucjonalnej wdrożyć w kraju. Coraz więcej z nich jest zdeterminowanych, by to zrobić. Dlatego przyglądajmy się uważnie kolejnym konfliktom i temu co z nich wyniknie niekoniecznie w kategoriach kryzysu sfery zarządzania kulturą.

Niech dobrym omenem tego stanu rzeczy stanie się Muzeum Narodowe w Warszawie. Po wielu perypetiach, konfliktach i starciach wewnętrznych księstw, ustąpieniu dobrze rokującego dyrektora myślącego o kliencie, muzeum zamknięto dla widzów. Wcześniej zdawało się to nie do pomyślenia! Zamknięto, aby je wreszcie uporządkować – dostosować do nowych realiów i nie zrobić krzywdy cennym zbiorom. Wszystko to ewolucja, która wreszcie się dzieje.

Reklamy

1 komentarz do “Strajkują dla dobra kultury, choć o tym nie wiedzą

  1. Pingback: Dziś obchodzimy Dzień Działacza Kultury! « PRokultura

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s