PRawdziwy PR powinien nazywać się inaczej

Tygodnik „Polityka” ganiony był wielokrotnie przez branżę PR za jej oczernianie, wypaczanie istoty rzeczy public relations, wreszcie za deprecjonowanie samego terminu PR. Praktycznie rzecz zaczęła się od bulwersującego artykułu Agnieszki Rybak  „Wybielamy, przyczerniamy” sprzed prawie 8 lat, w którym to branża została przedstawiona mnie więcej tak: „W tym fachu nie ma sentymentów. Granic nie do przekroczenia, chwytów niegodnych zastosowania. Nie ma zasad prostych i jasnych, których naruszenie pociągałoby za sobą jakiekolwiek konsekwencje. Mowa o branży public relations. Pojawiła się wraz z wolnym rynkiem i ciągle nie ma polskiej nazwy. Dorobiła się za to: złej sławy, niezdrowych wpływów w mediach i dużych pieniędzy”.

Ten kontrowersyjny artykuł mocno poruszył wówczas środowisko PRowców mniej lub bardziej słusznie, „Polityka” zaś zyskała złą sławę w branży. Przez tych kilka lat na łamach tygodnika termin PR pojawiał się wielokrotnie – najczęściej w kontekście manipulacji, marketingu politycznego, wyborów i ogólnie szemranych interesów. Podobnie zresztą branża przedstawiana jest dziś w innych mediach. PRowcy to widzą, na kongresach branżowych zastanawiają się, dlaczego kojarzeni są ze „sprzedajnymi szmatami”. Sęk w tym, że nie ma tu zastosowania powiedzenie, iż „szewc bez butów chodzi”. Raczej to, że „PRoduct is not magic”. Czytaj dalej

Reklamy