Kącik Dobrych Przypadków – reaktywacja. Wzorcowe centrum animacji kultury istniejące naprawdę.

Lubujemy się w rankingach. Jakiś czas temu w tygodniku „Polityka” opublikowany został ranking dwudziestu najbardziej wpływowych osobistości kultury polskiej, w którym oprócz redystrybutorów państwowych funduszy na kulturę z samym ministrem na czele pojawili się i szefowie „uchodzący za sprawnych menedżerów”. Interesujące są kryteria wyboru, w których wiele to tak zwane kryteria niewymierne, jak chociażby pozycja środowiskowa. Żadna to jednak nowość. Menedżerowie kultury rzadko kiedy oceniani są na podstawie przejrzystych i wymiernych kryteriów – częściej podstawę takiej oceny stanowią układy towarzyskie, ploteczki, nadepnięte odciski lub dobrze wsmarowana wazelinka, że o „relacjach biznesowych” nie wspomnę. Nie zmieniają tego nawet coraz częściej stosowane kontrakty menadżerskie w kulturze. Kryteria wspomnianego rankingu „Polityki” mogą więc być świetną propozycją uzupełniającą tzw. kryteria wymierne, jeśli o pomiar jakości pracy menedżerów kultury chodzi.

Zainspirowany rankingiem „Polityki” pozwalam sobie powrócić do prowadzonego kiedyś Kącika Dobrych Przypadków, gdzie przy pozorach subiektywnego obiektywizmu, ale jednak jakiejś tam próbie krytycznego przyjrzenia się meandrom menedżerki, chciałbym wskazać takie przypadki sztuki zarządzania w kulturze, które budzą mój podziw i są w moim przekonaniu warte rozpropagowania lub poddania dyskusji. Nie mogąc być sędzią we własnej sprawie, przynajmniej mogę pogrzebać w bebechach instytucji moich kolegów i koleżanek po fachu. Czytaj dalej

Reklamy

PRawdziwy PR powinien nazywać się inaczej

Tygodnik „Polityka” ganiony był wielokrotnie przez branżę PR za jej oczernianie, wypaczanie istoty rzeczy public relations, wreszcie za deprecjonowanie samego terminu PR. Praktycznie rzecz zaczęła się od bulwersującego artykułu Agnieszki Rybak  „Wybielamy, przyczerniamy” sprzed prawie 8 lat, w którym to branża została przedstawiona mnie więcej tak: „W tym fachu nie ma sentymentów. Granic nie do przekroczenia, chwytów niegodnych zastosowania. Nie ma zasad prostych i jasnych, których naruszenie pociągałoby za sobą jakiekolwiek konsekwencje. Mowa o branży public relations. Pojawiła się wraz z wolnym rynkiem i ciągle nie ma polskiej nazwy. Dorobiła się za to: złej sławy, niezdrowych wpływów w mediach i dużych pieniędzy”.

Ten kontrowersyjny artykuł mocno poruszył wówczas środowisko PRowców mniej lub bardziej słusznie, „Polityka” zaś zyskała złą sławę w branży. Przez tych kilka lat na łamach tygodnika termin PR pojawiał się wielokrotnie – najczęściej w kontekście manipulacji, marketingu politycznego, wyborów i ogólnie szemranych interesów. Podobnie zresztą branża przedstawiana jest dziś w innych mediach. PRowcy to widzą, na kongresach branżowych zastanawiają się, dlaczego kojarzeni są ze „sprzedajnymi szmatami”. Sęk w tym, że nie ma tu zastosowania powiedzenie, iż „szewc bez butów chodzi”. Raczej to, że „PRoduct is not magic”. Czytaj dalej